Dlaczego nikogo nie obchodzi „wpływ moralny”. Luźno inspirowana katolicyzmem filozofia polskiej elity romantycznej

Polska elita wielokrotnie posługiwała się różnymi moralnymi argumentami, mającymi na celu nakłonić inne państwa do pomagania nam. Czy to np. ostatnio w wypadku pomocy Ukrainie, czy to w wypadku dawniejszych powstań i wojen. Efekty takich starań są jednak często niewielkie.
Ich źródło leży w ideologii polskiego romantyzmu, sklejonej luźno z koncepcji zapożyczonych z katolicyzmu (jednak bez wymagań i praktyk, które katolicyzm uznawał za kluczowe).

Indywidualny wpływ moralny rzeczywiście działa

Istnieją przykłady skutecznego wpływu moralnego. Wybitne jednostki potrafią czasem inspirować innych, a zjawisko to zajmuje ważne miejsce w polskiej historii.

Słynny rosyjski pisarz Aleksander Sołżenicyn spotkał w stalinowskim obozie pracy Polaka nazwiskiem Węgierski. Węgierski wyróżniał się tym, że mimo cierpienia i terroru, które sprowadzały wielu ludzi do poziomu najniższych instynktów, zachowywał godność i życzliwość.

W 1953 roku, gdy więźniowie wykorzystali krótki okres paraliżu decyzyjnego władz do organizowania buntów i protestów, Węgierski ponownie zaimponował Sołżenicynowi determinacją i odwagą. Skłoniło to pisarza do następującej refleksji:

Polak, inżynier Jerzy Węgierski (…), odbywał ostatni, dziesiąty rok wyroku. Nawet gdy był brygadzistą, nikt nigdy nie usłyszał od niego ostrego słowa. Zawsze pozostawał cichy, uprzejmy i wyrozumiały. Teraz jednak jego twarz się zmieniła. Z gniewem, pogardą i męką odwrócił wzrok od pochodu żebraków, wyprostował się i krzyknął głośno i wściekle:

„Brygadzisto, proszę mnie nie budzić na kolację. Nie idę!”

Wspiął się na górną pryczę, odwrócił twarzą do ściany i już nie wstał. W nocy poszliśmy jeść, lecz on się nie podniósł. Nie otrzymywał paczek, był zupełnie sam, nigdy nie był porządnie nakarmiony, a mimo to nie wstał. Para unosząca się nad gorącą kaszą nie mogła przesłonić mu wizji bezcielesnej Wolności. Gdybyśmy wszyscy byli równie dumni i nieugięci, jaki tyran mógłby przetrwać?

W powojennej Japonii polski franciszkanin, brat Zeno, wywarł ogromne wrażenie swoim ascetyzmem i działalnością charytatywną, między innymi opieką nad sierotami w dzielnicach biedoty. Z biegiem lat stał się częstym bohaterem artykułów prasowych i otrzymał również Order Świętego Skarbu — rzadkie wyróżnienie dla biednego zakonnika w kraju, w którym katolicy stanowili około jednego procenta ludności.

Inną polską postacią inspirującą ludzi na całym świecie jest Witold Pilecki, ochotnik do Auschwitz, który dostarczył informacji o trwającym Holokauście i uczestnik ruchu oporu, torturowany i zamordowany przez reżim stalinowski.

To właśnie przykład wpływu moralnego. Trudność polega na rozpoznaniu, kiedy rzeczywiście może on zadziałać. Polskie władze i inteligencja liczyły na taki wpływ podczas powstań w okresie zaborów oraz w czasie Powstania Warszawskiego. Dziś podobne nadzieje wiąże się z mobilizowaniem poparcia dla Ukrainy. Wszystkie te wysiłki przyniosły znacznie mniejszy rzeczywisty wpływ, niż oczekiwano.

„Dlaczego więc większa ilość tej samej argumentacji moralnej zawodzi?” — mogliby zapytać jej zwolennicy. Odpowiedź brzmi: ponieważ nie jest to ta sama rzecz.

Moralność wymaga najpierw doskonalenia siebie.

Autorytet moralny takich ludzi jak Węgierski, Pilecki czy brat Zenon nie wynikał z rozbudzania emocji, rzucania oskarżeń ani z zapewniania o własnej słuszności. Rodził się z pracy nad sobą i szlachetności, którą było widać. Ich postępowanie ukazywało nienaganny charakter, który mimo ogromnej presji objawiał się w łagodności wobec ludzi, a stanowczym oporze względem zła. Wymagania ludzie ci stawiali przede wszystkim sobie, a dopiero potem innym

Polska romantyczna retoryka polityczna odwraca ten porządek. Zaczyna od stawiania wymagań światu. Domaga się od zagranicznych społeczeństw odwagi, lojalności, poświęcenia i moralnej jednoznaczności. Nie wykazuje jednak powściągliwości, kompetencji ani strategicznej powagi, które czyniłyby takie żądania przekonującymi.

Przeciwnie, traktuje intensywne moralne przekonanie tak, jakby samo w sobie stanowiło dowód zdolności do przewodzenia. Rzadko jednak tak jest. W Anglii, Szwajcarii czy Azji Wschodniej obywatelski kodeks moralny wyraźnie obejmował dyscyplinę, porządek, strategiczną dalekowzroczność i podobne cechy. Szlachetne porywy heroizmu nie są najważniejszym punktem na liście, ustępując miejsca zupełnie normalnym, a dobrze spełnionym obowiązkom. Co więcej, wszystkie takie impulsy muszą być kontrolowane przez rozum.

Fundamentalny błąd polskiej polityki i wpływ katolicyzmu

Wydaje się zatem, że w polskiej ideologii politycznej istnieje istotny błąd kalkulacji. Rozważmy dwa luźno zdefiniowane „obozy” polskiej elity na przestrzeni wieków.

Pierwszy, mniejszy obóz przez wieki przyjmował przekonania i praktyki życiowe nauczane przez Kościół katolicki: skupiając się na wierze w Boga, ciągłym doskonaleniu moralnym i ostatecznym rozrachunku ludzkiego losu poza tym światem. Do tej grupy należeli ludzie tacy jak zakonnik brat Zeno, Węgierski  (katolicki narodowiec ze Lwowa) oraz Witold Pilecki.

Druga, większa część polskiej elity odrzucała katolicyzm, lecz nie mogła się powstrzymać przed pożyczaniem od niego idei, katolicyzm wywarł na Polskę o wiele większy wpływ, niż na inne kraje. Zdominował niemal pustą kartę niepiśmiennej, rozdrobnionej tożsamości plemiennej, jaką Polska posiadała około 960 roku. Niezależne nurty opozycyjne (pogańskie, protestanckie, wolnomyślicielskie czy komunistyczne) również nigdy nie mogły zapuścić głębokich korzeni.

Tezę tę można potwierdzić, wskazując na istnienie kilku osobliwych, lokalnych fenomenów ideologicznych:

  • Polska szlachta uzasadniała bezkarność „wolnością”, a przywileje — „prawami boskimi”.
  • Chłopi mieli rzekomo wywodzić się od Chama, który w Księdze Rodzaju został przeklęty przez swojego ojca Noego i skazany na służenie braciom.
  • Upadek Rzeczypospolitej w XVIII wieku Mickiewicz interpretował jako „cierpienie Chrystusa narodów”, a nie jako karę Bożą za niegodziwość, jak pisał ksiądz Piotr Skarga i inni, ani jako efekt niekompetencji i korupcji samych elit.
  • Napoleon został przez Towiańskiego i inne sekty wyniesiony do rangi boskiego posłańca (równocześnie Towiański uważał siebie za wiernego katolika).
  • Walkę z imperialną Rosją przedstawiano jako święte, kosmiczne starcie zła i ucisku z dobrem. Oderwano ją tym sposobem od strategicznej oceny szans powodzenia (bo każda walka z takowym złem jest dobra) jak i od wymagań katolickiej moralności.

Każda z tych idei czerpie z inspiracji katolickiej. Niektóre stanowią jej zniekształcenie, inne zaś co najmniej ocierają się o herezję.

Alternatywna moralność przez zastąpienie jednostki zbiorowością

Wszystkie te koncepcje łączy pewna alternatywna wizja moralności.

Dla etyków cnót — chrześcijańskich, stoickich, konfucjańskich i innych — pierwszym zadaniem moralnego życia człowieka jest naprawienie samego siebie poprzez praktykowanie cnót.

Dla męża stanu, od starożytnego Rzymu przez wczesnonowożytną Europę i Stany Zjednoczone Ojców Założycieli aż po Daleki Wschód, porządek i dobrobyt narodu opierały się na cnotach jednostek: dyscyplinie, lojalności, sprawiedliwości, roztropności, pracowitości i podobnych cechach.

Polski romantyzm przenosił te wymagania z jednostki na zbiorowość. Sam naród stawał się podmiotem moralnym: niewinnym, zdradzonym, składającym ofiarę i obdarzonym misją wprowadzenia innych narodów do raju, którego one same nie potrafiły zrozumieć.

W ten sposób powstała ideologia polityczna złożona z przekształconych symboli katolickich.

  • Przejęła ideę odkupienia, lecz odkupienie obejmuje narody, a nie osoby ludzkie.
  • Przejęła ideę męczeństwa, lecz uświęciła grobami poległych wojenną lekkomyślność i błędne kalkulacje.
  • Zachowała pojęcie grzechu, lecz lokalizowała go w innych narodach, a nie w drapieżnej szlachcie, libertyńskich filozofach czy niewierzących rewolucjonistach pokroju Józefa Piłsudskiego, jak czyniłaby to katolicka koncepcja grzechu.

Brak politycznej roztropności w takim zastępczym katolicyzmie

Taka logika całkowicie błędnie odczytuje zasady polityki, co wielokrotnie prowadziło do różnych katastrofalnych kalkulacji..

Zastępczy katolicyzm wyobraża sobie politykę jako trybunał, przed którym cierpienie powinno stanowić podstawę roszczenia. Rany narodu i poniesione ofiary mają zobowiązywać świat do moralnej odpowiedzi.

Rządy innych państw działają jednak zazwyczaj na podstawie kalkulacji. Podobnie jak niektórzy Francuzi w 1831 roku, cudzoziemcy mogą podziwiać odwagę, jednocześnie odmawiając ponoszenia realnych kosztów wsparcia. Faktycznie, część poetów, dziennikarzy, parlamentarzystów i zagranicznych ochotników wspierało polskie powstania. Polityczne zobowiązanie do wsparcia to jednak zjawisko z zupełnie innej ligi: koszt zamieszania się na pełnoskalową wojnę jest ogromny, a już szczególnie nie ma o tym mowy, gdy wojna jest trudna do wygrania i kosztowna. 

Tęsknota za etosem wojowniczej elity

Ta organizacyjna ignorancja wskazuje na drugi składnik „zastępczego katolicyzmu”, obok zniekształconych idei katolickich. Jest nim mentalność prymitywnej elity wojowniczej, takiej jak średniowieczni rycerze czy stepowi nomadzi.

Elity te kontrolowały monopol na zorganizowaną przemoc, co pozwalało im traktować ludność jako źródło pożywienia, łupów lub brutalnej rozrywki. Średniowieczny Kościół katolicki niekiedy potępiał brutalność rycerstwa, lecz protesty te rzadko przynosiły trwałe skutki. W Europie Zachodniej rycerstwo zniknęło jako odrębna klasa społeczna do XVII wieku. Jeszcze wcześniej straciło dominującą pozycję na polu bitwy na rzecz długich łuków, broni palnej i taborów wojennych.

Ostateczny kres tego modelu przyniosło jednak powstanie nowoczesnego państwa, opartego na masowej organizacji, produkcji przemysłowej, technologii i zdyscyplinowanych siłach zbrojnych. Elita musiała się zmienić w tej nowej rzeczywistości. Jej członkowie musieli stać się wykształceni, odpowiedzialni, posłuszni i zdolni do długotrwałej służby zawodowej.

Royal Navy w XIX wieku wciąż pozostawała zdominowana przez arystokrację, lecz arystokracja mogła przetrwać jedynie pod warunkiem, że przekształciła się w grupę odpowiedzialnych zawodowych oficerów. Jej przedstawiciele musieli dobrze opanować swój fach, wykonywać precyzyjnie rozkazy i odpowiadać za to wszystko przed przełożonymi. Tylko w ten sposób arystokracja mogła przetrwać epokę Napoleona.

Polska szlachta zachowywała ideał rycerza stojącego ponad prawem aż do upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Z czasem też coraz większego znaczenia nabierały przywileje i anarchia, podczas gdy użyteczność militarna tej warstwy malała. Polski romantyk nadal fantazjuje o takim kawalerzyście-warchole, którego odwaga usprawiedliwia jego dzikość. Kmicic, bohater „Potopu”, rabuje, terroryzuje i brutalnie traktuje własnych rodaków. Narracja ostatecznie go jednak usprawiedliwia, ponieważ okazuje się odważny, patriotyczny i wyjątkowo skuteczny w walce.

Nowoczesne państwo nie może zaakceptować takiego rachunku — nie dlatego, że jest on niemoralny, lecz dlatego, że wewnętrzny chaos i rozbójnictwo elity mogą funkcjonować jedynie w gospodarce przednowoczesnej, (a nawet wtedy sprawdzają się źle, zob. Han Fei Zi).

W warunkach nowoczesności rachunek ten nie tylko staje się mniej korzystny, lecz dosłownie się rozpada wskutek dominacji przemysłu, technologii, wywiadu i myślenia strategicznego.Polscy romantycy pozostają na tę zmianę nieprzygotowani, ponieważ odrzucili tę samą modernizację etyczną, której elity innych państw podlegały przez ostatnie stulecia.


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *